Uwielbiam zagadki. I dlatego film Niepewność, pierwszy film o Mickiewiczu, oglądałam z taką przyjemnością. Jest pełen zagadek, które potrafię rozwiązać, a to cieszy. Wchodzę w ten film tak, jakbym wreszcie wyraźnie i w kolorach mogła zobaczyć świat własnych niejasnych wyobrażeń. Film jest niedoceniony, bo nie może go docenić ten, kto nie zna kodu, którym został napisany. Ja go znam. Rozpoznaję, czego i jak użyto. Odwołania do konkretnych tekstów istnieją zarówno w słowach, jak i w kadrach (przykład: banalne acz wzruszające pola „wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem”).
Nie wszystkie fragmenty znane z późniejszej poezji oddano wierne („Nikt tu nie zawoła”), cytaty bywają przekształcone. Monolog Tomasza Zana został urwany, bo gdy Promienisty przedstawia Adamowi dwór w Tuhanowiczach, brakuje w tej wypowiedzi ostatniej frazy: „Życie prawdziwie wygodne: gruszki są, kawa jest, jabłka są, wino jest, przednie obiady są, herbata jest, konie są, Maria jest” (te słowa pochodzą z listu Zana, cyt. za J. Łukasiewicz Mickiewicz, seria A to Polska właśnie, Wrocław 1998). Na filmie Zan nie domawia zdania do końca; wraz z Adamem kłania się z szacunkiem przechodzącemu Gąsce. Być może zawarte w tych żartobliwych frazach uprzedmiotowienie Maryli – i hultajskie postawienie jej na końcu wyliczenia – nie byłoby dziś dobrze odebrane. Kiedyś był to tylko żart, współcześnie to żart kulturowo niepoprawny (chociaż żal).
Muzyka na początku filmu – Vivaldi (kto pamięta, że żył przed Mickiewiczem?) – znana odbiorcy, zapowiada, że czeka nas to, co znane. Przynajmniej polonistom. Znane słowa i konwencje. W pewnym momencie jednak w filmie jest już nowa muzyka – Andrzeja Jagodzińskiego – bo i któż z widzów wiedział, jak potoczy się romans Maryli i Adama (ja!)? A film opowiada może jedną czwartą tej pokręconej relacji. Nie mam żalu, że to tylko początek.
To pierwszy Adam Mickiewicz, którego reżyser odważył się pokazać na ekranie, a nie tylko bohater-stylizacja na Mickiewicza (Lawa Konwickiego) czy bohater-recytator Mickiewicza (Pan Tadeusz Wajdy), domontowani do ekranizacji jego dzieł.
Miłe i łatwe zagadki mogą się komuś wydać męczące – ktoś zarzucał Niepewności, że nachalnie przywołane są w niej wiersze. To śmieszny zarzut. Wierzę, że bohaterowie w ten sposób mówili; mówili tekstami, zagadkami, ulubionymi motywami, przekomarzali się w improwizacjach, konkurowali w żartach, prześcigali w rymach. Nie było telefonów, które by ich łowiły w sieć. Że gadali ulubionymi cytatami, że tworzyli poezje spontanicznie, to wiemy przecież, zapisali to, wspominali. Czy to naprawdę dziwne, że ktoś bawi się słowami, a z ulubionych motywów tworzy w końcu teksty? Skąd! Ja tak też robiłam, my tak robiliśmy! W liceum była to ulubiona zabawa starszego pokolenia humanistów!
W dodatku Filomaci mieli swoje ulubione motywy, które powtarzali, pisali ballady o tym samym. W krótkim czasie powstały trzy Świtezie i dwa wiersze o Twardowskim. Jak mogą dziwić cytaty z poezji Mickiewicza umieszczone w filmie o poecie? A czyje miałyby być te teksty, jeśli nie jego?
Mickiewicz biegnie przez pole wykrzykując pierwsze wersy Ody do młodości i ten poryw wydawać się może nieautentyczny, ale ja nawet tego bronię – bo gdyby ktoś z nas – wyobraźcie sobie – w wieku 22 lat napisał tak dobry i tak nowoczesny utwór – i w dodatku euforyczny – dynamiczny – nieokiełznany – znakomicie oddający jego uczucia – to czy by mu się nie chciało szaleńczo się tym ucieszyć?
No dobrze, Specjaliści powiedzą, że Odę napisał Mickiewicz zimą. Nie szkodzi. Może wykrzykiwał co innego. Ale jego szaleństwa w filmie mnie nie dziwią. Przecież to jest właśnie ten artysta, który w salonie Marii Szymanowskiej zjawił się na balu przebrany za pół-Hiszpana, pół-Hiszpankę! Takie to były zabawy w one lata.
Adam Mickiewicz mógł taki być. Nie wiem, czy był taki, ale to bardzo prawdopodobne. Nikodem Rozbicki gra lekko, finezyjnie, gra grę – i zdarza się, że jego płomienne wyznanie („Myślę tylko o Tobie”) brzmi bardziej uwodzicielsko niż szczerze, lecz to wcale nie znaczy, że jego bohater miałby tak nie powiedzieć lub nie być zakochany. Mniej lub bardziej. Czyli jak? No właśnie – pozostajemy niepewni. Nie wiadomo, jak szczere to uczucie jest w istocie. Podobno Maryla i Adam zorientowali się dopiero później, kim dla siebie byli. Może w tym momencie romansu poeta sam nie wiedział, co to właściwie jest; to, co nim zawładnęło. Może sam się oszukiwał – by nie dać się zranić – że to tylko uwodzenie. W końcu to był Mickiewicz, osobowość skomplikowana i emocjonalna. W Wielkopolsce, z której pochodzę, powtarzano legendę, że gdy poeta przybył na jej teren, starano się ocalić przed nim panienki z dworków, bo ponoć żadnej okazji nie przepuścił. Ech, nieprawda, to jakieś nieżyczliwe plotki. Poeta był wówczas zajęty wyłącznie Łubieńską. Niepewność jednak pozostaje. Nie szkodzi.
Waldemar Szarek kilka razy każe Adamowi mieć łzy w oczach. Byłam poruszona, tak autentycznie wyglądały. A ktoś z licealistów po projekcji rzucił uwagę, że Mickiewicz stale się śmieje. No tak, często się śmieje. Rozgrywa właśnie swoje małe, krótkie szczęście. Przy tym pełnym obietnic uśmiechu, flirtowaniu, wyprawach konnych, bohater zdaje się głupszy od swojej poezji. Ale to mnie wcale nie dziwi. To też jest bardzo autentyczne. Tak bywa z poetami.
Film ożywił czarno-białe przygaszone portrety, tkwiące w starych książkach. Bohaterowie – wszyscy – a zwłaszcza główna para – mówią do siebie nadzwyczaj naturalnie. I współcześnie. Adam i Maryla są uroczymi i zauroczonymi w sobie wariatami, myślącymi bardzo niepraktycznie. Są tacy sami, jak młodzi dzisiaj. Słowa i symbole pisane na kartkach/w SMS-ach, nektar boski/sztos, uraza/foch, nieporozumienia/spinki, przeszkoda/masakra, atencja/atencja (!)… Nawet to miłe zapomnienie, że się jest w zasadzie narzeczoną hrabiego, też jest doświadczeniem uniwersalnym (przy okazji: hrabia/sigma!). Maryla i Adam tak się zachowują jak młodzież dzisiaj. I flirtują tak samo. Są cudowni. Są prawdziwi. Są niepewni.
Niepewność występuje zresztą na wszystkich trzech planach fabularnych. Car mówi, że niepewność jest dla Polaków najwłaściwsza. Niepewność towarzyszy wątkowi z rusałką z jeziora – autor profilu Paryskie salony romantyków (FB) napisał, że to niedokończony wątek – nieprawda! – dokończony, a jakże! Tylko że po prostu dokończony w poezji, w balladach. W realu dokończony być nie mógł, a film jest w wątkach dość realistyczny.
Na tę realistyczność składa się także znakomita gra postaci drugoplanowych. Realistyczny jest Zan, bo chyba trudno jest znaleźć w literaturze przedmiotowej charakterystykę tej postaci – ale bohater wykreowany przez Antoniego Sałaja, nadwrażliwy, wzruszający, szlachetny, zapalczywy nerwowiec – wpasowuje się w relacje o Zanie. O tym, że wziął później wszystkie rzekome winy Filaretów na siebie, o tym, że pozostał niespokojny na zesłaniu (zob. A. Witkowska Rówieśnicy Mickiewicza), a nawet o tym, że, jak to mówili w romantyzmie, postradał zmysły pod koniec życia.
Mniejsze role męskie: Mnich, Gąska, Żyd, mała gwiazda TVP Maks Zieliński – wszyscy spod sztancy konwencji, role kobiece także. Nawet drobna scena z dziewczyną bojącą się Kozaków jest wiarygodna. Przykuwa uwagę widza mocny Michał Wereszczaka czyli Adrian Zaremba i jego sceny z białą Bronią (blond Jadwinią) i białą bronią – a dawno nie było walki w polskim kinie.
Rola matki Maryli znakomita – niewiarygodna peruka tej postaci przypomina, z jakich czasów dopiero co wyszli bohaterowie. Nie tak wyobrażaliśmy sobie wcześniej panią Wereszczakową, a przecież powinniśmy – znamy Żonę modną. Dorota Landowska gra matkę zdenerwowaną tym, co obserwuje, zatroskaną, ale wciąż matkę; nie jest uosobieniem tyranii. Zachowanie dystansu i rozsądku jest w jej pojęciu miłością do dziecka. Wybrała zresztą temu dziecku – tak myśli – najlepszą partię z możliwych.
I tu wielkie podziękowania dla reżysera. Z relacji wiemy, że Wawrzyniec Puttkamer – dla przyjaciół Lorens – jako rywal Mickiewicza nie był wcale uosobieniem przekleństwa losu dla młodej dziewczyny; przeciwnie. Był to faktycznie młody i przystojny blondyn, sławny żołnierz napoleoński, życzliwy Mickiewiczowi, w tamtych czasach życiowo dużo mądrzejszy od niego. Od Pawła Charytona nie sposób na ekranie oderwać oczu. Obecny w kinie znawca jazdy konnej (czytaj: malkontent) mówił co prawda, że aktor jeździ konno niezbyt dobrze (nie to, co Olbrychski!), lancą też podobno nie włada wcale tak wspaniale, ale za to – to już dodaję ja – jak patrzy – i jak mówi – i jak brwi unosi w górę… Ale co z tego, to nie przez wspaniałego Lorensa prawdziwa Maryla bierze laudanum, a filmowa Maryla chce się topić.
Sceny pod wodą były już nie raz, tak. Ale przy tych w Niepewności czułam takie napięcie, jakbym naprawdę się bała o tych szaleńców, którzy chcieli całować się pod wodą. Porównałam sobie te zdjęcia z ostatnią hollywoodzką Małą Syrenką i mimo że tam animowany komputerowo był każdy włos, to niech się schowa ta doskonała sztuczność przy tym, co tak kojarzy się z balladami, które znam. Woda znaczy w nich wejście do cudownego, baśniowego świata. Baśniowego acz upiornego. Jak wielka miłość z jakąś równie wielką przeszkodą.
Swoją drogą… Wiecie, ilu ludzi dopracowywało to wrażenie, ilu pracowało przy tej ekranizacji? Ponad dwustu, tak mi się zdaje. Straciłam rachubę, licząc.
Komuś z tego batalionu ludzi zarzuca „pan Paryskie” (- Salony Romantyków), że nie dopracował należycie kostiumów, że widać plastikowy guzik… Hm, guzik zauważyłam tylko raz, u Wereszczaki i ten mały obiekt miał faktycznie takie linie jak guziki z dawnych pościeli, zrobione ze sztucznego tworzywa. Jednak ów guzik miał pochodzić przecież z czasów, gdy ludziom chciało się z pieczołowitością wytwarzać przedmioty. Czy takie zapięcie nie było po prostu rzeźbione w rozetę? Pal diabli guzik – mnich ma zęby nieautentycznie współczesne; tu charakteryzator przysnął, spece od efektów też przegapili. A przecież tak pięknie przybrudzono koszule panów; materiały sukien też wyglądają autentycznie, a ich koronki są znakomicie niewspółczesne; trochę spłaszczone, lekko znoszone. Zupełnie jakbym je znała z szafy – z pościeli po babci, z sukien z kołnierzykami – ozdoby niby wciąż eleganckie, ale inne – stare.
Co by nie mówić o guzikach, to pozostaje faktem, że reżyser przemycił w tym romansie jednak nieco wiedzy historycznej i sporo obyczajowej. Zrobił film edukacyjny? Tak, w celu zainteresowania odbiorców – niechby i, no dobrze – uczniów – samą postacią poety, Promienistymi, Filomatami, Filaretami, Masonerią, klimatem czasów i poezją. Mnie to nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi nawet, że wytłumaczył, ustami Mickiewicza, co znaczy „pro publico bono”. Widać reżyser zna sytuację. Wie, że prawdopodobnie niewielu z Młodych sięgnęłoby po smartfony, by sprawdzić, co te słowa znaczą.
A, właśnie. Nie widziałam odblasku smartfonów w kinie. Pomyślałam też, widząc tę przyrodę zaczarowaną przez scenografa i przez operatora, że mam ochotę się zanurzyć w takiej przyrodzie i na długo zapomnieć o prostokątnej szybce telefonu. I że wreszcie wiem, za czym Mickiewicz tak tęsknił całe życie.
I za kim. Czyj portret zachował. Dla kogo tyle napisał. Od kogo listek pożegnalny zachowywał (dziś tenże tkwi w muzeum w Paryżu, jak podaje Mickiewicz. Encyklopedia J. M. Rymkiewicza). Co musiał myśleć, co czuć. I czy kiedyś w końcu się od niej uwolnił? „Nigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę!” – to o niej. „Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę,” – to o niej. „Na lodowiskach widzę błyszczące twe ślady” – to o niej. „I głos twój słyszę w szumie alpejskiej kaskady,” – to właśnie o niej. Okazała się jednak – wielką miłością, okazała się jednak najważniejsza. Za późno.
Moi studenci już wiedzą, że uwielbiam ten dialog:
– Pan dużo pisze? Czytałam tylko pana Zimę w Tygodniku Wileńskim.
– I? – Mickiewicz wyraźnie kokietuje.
Maryla przewraca oczyma, dając sobie chwilę na zastanowienie, czy warto wyjawić, że…
– Zachwyt…? (zauważcie ten pytajnik na końcu – tak mówią dziś młodzi!)
A dalej wypowiada Maryla małą, trafną recenzję, mówiąc coś o oryginalności przy pozornie znanej klasycznej formie, przy dawnym barokowym wyrafinowaniu. W lekkości myśli objawia się jej nadzwyczajny intelekt, to jest dokładnie tak, jakby dziś powiedziała swobodnie coś o postmodernizmie, postkolonializmie, postbrulionizmie, postbaumanizmie, postfukujamizmie i o tym, że zaczyna się coś, co jest wreszcie pre.
Jak zagrała Marylę Aleksandra Piotrowska? Może powiem tylko tyle, że na swym miniaturowym portrecie Maryla ma intensywnie niebieskie oczy. Ale dla mnie Maryla Wereszczakówna zawsze już będzie miała oczy piwne.
W trakcie oglądania tego filmu zdałam sobie sprawę kolejny raz, jak bardzo nieszczęśliwe było życie naszego najsławniejszego poety.
I że w ogóle życie jako takie jest nieszczęśliwe.
Ma rację filmowa Maryla, która mówi, że trzeba żyć chwilą. I nie liczyć na nic. Adam i Maryla naprawdę musieli być do nas podobni.
I są. Na tym filmie – są.